Monthly Archives: Kwiecień 2012

Атмасфера (Atmasfera) w Od Zmierzchu Do Świtu (20.04.2012 r.)

Zwykły wpis

Trzydniowy „maraton ukraiński” zakończył koncert zespolu Atmasfera, który odbył się 20 kwietnia 2012 roku w klubie Od Zmierchu Do Świtu. Muzycy promowali swoją ostatnią płytę zatytułowaną „Internal”. Przed koncertem został nawet wyświetlony krótki film o nowym albumie.

Reklamy

DagaDana w Łykendzie (19.04.2012 r.)

Zwykły wpis

W czwartek, 19 kwietnia 2012 r. w klubie Łykend miałam okazję posłuchać, jak na żywo brzmi  polsko-ukraiński kolektyw DagaDana z gościnnym udziałem Michała Jarosa (który zastąpił na kontrabasie nieobecnego w czwartek Mikołaja Pospieszalskiego) i Miszy Bałoga (ukraińskiego saksofonisty, przybywającego w Polsce na stypendium Gaude Polonia). Przed Dagą Gregorowicz i Daną Vynnytską wystąpił zespół Chłopcy Kontra Basia, znany z programu Must Be The Music. Basia Derlak, Tomasz Waldowski i Marcin Nenko żywiołowo wykonali swoje autorskie utwory, inspirowane rodzimym i ukraińskim folklorem.

Niekwestionowaną gwiazdą wieczoru była jednak DagaDana. Zgodnie z zapowiedzą Dagi Gregorowicz w audycji z przedednia koncertu (już niedługo w archiwum!), nie zabrakło dobrej zabawy, a hałaśliwe zabawki towarzyszyły muzykom (i publiczności) przez cały występ. Największe wrażenie zrobił gumowy prosiak, wykorzystany głównie w utworze „Swiniorz”, także w roli ilustracji tekstu. Zespół zagrał utwory pochodzące z dwóch płyt („Maleńka” i „Dlaczego nie”), które Dana Vynnytska nazwała ich dziećmi, a więc rodzeństwem i zachęciła do nie rozdzielania rodziny i zakupu obu albumów. I ja również do tego namawiam, bo oba wydawnictwa prezentują naprawdę wysoki poziom. Fani jazzu, folku lub elektroniki nie powinni być zawiedzeni.

Podsumowując, bardzo subiektywnie dodam, że występ DagaDany to jeden z najlepszych koncertów, na jakich kiedykolwiek byłam. I zgodnie z prośbą Dany, pytam: gdzie byliście w czwartek o 20:00, że nie było Was w Łykendzie?! Mam nadzieję, że następnym razem przyjdziecie. Bo naprawdę warto.

fot. Agata Pilarska

Vidlunnia – koncert w Łykendzie (18.04.2012 r.)

Zwykły wpis

Zespół Vidlunnia powstał w Poznaniu w 2010 r. Nazwa ta pochodzi z języka ukraińskiego i oznacza ‚echo’ symbolizujące przestrzeń natury i muzyki. Pieśni tradycyjne z Ukrainy, Białorusi i Polski wyznaczające rytm życia ludzi wsi stanowią główną inspirację dla zespołu. Muzyka Vidlunnii to tęsknota za dawnym brzmieniem dźwięków i obrzędowością czasów naszych babć. Przenosi ona do mikrokosmosu tradycyjnej kultury jednocześnie umiejscawiając ją we współczesnym kontekście. Obok śpiewokrzyku i ludowej stylistyki gry na instrumentach, pojawiają się brzmienia syntetyczne, instrumenty związane z kulturą Zachodu wzbogacane instrumentarium z innych kultur tradycyjnych. Vidlunnia jest laureatem XIV Folkowego Festiwalu Polskiego Radia ‚Nowa Tradycja’ (III miejsce).

Dziewczęta zagrały w klubie Łykend w ramach Ethno Jazz Festivalu. Zaprezentowały pieśni pochodzące z różnych regionów Polski, Białorusi i Ukrainy, tłumacząc symbole i konteksty w jakich je śpiewano. Można było usłyszeć na przykład nstrumentalny utwór o korowoju – tradycyjnym ukraińskim chlebie weselnym. Nie tylko ten utwór korespondował z tematyką ślubu: Malwina, Kasia i Oliwia wykonały także tradycyjne pieśni weselne, pełne melancholii za utraconą młodością i lęku przed nowym życiem. Nie zabrakło także bliskiej mi tematyki, bo pojawiła się także ukraińska pieśń o wyganianiu z domu rusałek i chyba właśnie ona podobała mi się tego wieczoru najbardziej.

Publiczność przyjęła Vidlunnię bardzo ciepło, oklaskując każdy utwór, a na koniec domagając się bisów. Ponieważ Vidlunnia jest młodym zespołem i ma w repertuarze (jeszcze) niewiele pieśni, widzowie mogli sami wybrać, co chcieliby usłyszeć ponownie.

fot. Damian Śnieżek

 

W ciągu kilku dni pojawi na blogu pojawi się wywiad z dziewczynami z Vidlunnii, a w najbliższą środą w Uniradiu podczas „Kozackiej Nuty” będzie można zapoznać się z twórczością zespołu.

„Występowanie z Haydamakami to jest pretekst do zabawy” – wywiad z Mateuszem Pospieszalskim

Zwykły wpis

Wywiad z Mateuszem Pospieszalskim, kompozytorem, saksofonistą, członkiem zespołu Voo Voo i producentem płyty „Voo Voo i Haydamaky”.

Natalia Kościńska: Kiedy pierwszy raz usłyszał Pan o Haydamakach?

Mateusz Pospieszalski: Pierwszy raz, kiedy świętej pamięci Mirek Olszówka złożył nam propozycję, żeby z nimi wystąpić. Ale nie… Szczerze? Graliśmy koncert na pograniczu Polski i Ukrainy, wspaniały koncert, na paśmie tak zwanym niczyim. „Łączenie kultur” – to robiła jakaś agencja z TVP. Świetna impreza, która spowodowała coś takiego, że rzeczywiście ludzie w jakiś sposób się bratają. Z jednej strony była publiczność polska, a za płotkiem z drugiej strony publiczność ukraińska. I to było dosyć przykre, że te dwie kultury, dwa narody, dwa kraje są oddzielone płotkiem w dzisiejszych czasach, gdy mamy już wolne granice i tak dalej.

Występował na tym koncercie zespół Haydamaky, który zwrócił na nas uwagę. I Mirek Olszówka wpadł na pomysł, żebyśmy zrobili coś razem. Padło na mnie, żebym wyprodukował ten projekt. To znaczy zorganizował i wybrał kompozycje. Efektem tego jest płyta „Voo Voo i Haydamaky”.

Dla mnie muzyka ukraińska jest muzyką bardzo bliską i bardzo rodzinną, jeżeli chodzi o wspomnienia np. z dzieciństwa. Jak śpiewałem kolędy, to czuję, że te tematy również niosą za sobą taki klimat.

Jakie było pierwsze wrażenie, jakie Haydamaky na Panu zrobili?

Przede wszystkim oni byli showmenami, energetycznie zagospodarowywali scenę i było to bardzo ekspansywne. W związku z tym uważam, że zespół Haydamaky jest bardzo dobrym zespołem eksportowym i pokazującym to, co rzeczywiście Ukraina posiada muzycznie. To jest coś takiego, że pokazujemy czubki gór lodowych. Haydamaky czerpią z swojej muzyki, tak jak my czerpiemy czasami, zapraszamy górali czy jakichś ludzi z ludowej muzyki Polski.

A jak układała się współpraca?

Nie było większych problemów, tylko takie, że każdy chciał wrzucić jak najwięcej swoich tematów. Okazało się, ze tematy, które są niczyje, tak naprawdę są czyjeś, są ukraińskie.

Płyta jest zrównoważona. Propozycje ze strony Haydamaków, to, co oni dali, było dobre dla nas. Natomiast my dawaliśmy to, co było dobre dla nich i zrobiliśmy sobie z tego kalejdoskop. Ja jestem bardzo zadowolony z tej płyty, ze względu na to, że rzeczywiście była współpraca. Wcześniej, przed całą produkcją, zrobiliśmy sobie warsztaty. A te warsztaty polegały na tym, ze spotykaliśmy się dwu-, trzykrotnie za sprawą Mirka Olszówki, który organizował nam to technicznie. Ja zrobiłem kilka kompozycji, oni dali kilka swoich kompozycji plus tradycyjne i wszystko zostało przemieszane jak w maglu i powstała z tego płyta. I uważam, że to są najpiękniejsze i najwspanialsze rzeczy, które można przeżyć, dlatego że wszystko razem jest wymieszane i wtedy osiągamy taki stan wspólnoty.

Jak to wyglądało na koncertach?

Na koncertach wyglądało po prostu przepięknie, dlatego że Haydamaky to zespół, który… To są showmani. Uwielbiają się bawić. W związku z tym uważam, że występowanie z nimi to jest pretekst do zabawy.

Chciałam też zapytać o różnice językowe. Mimo podobieństw polski i ukraiński jednak różnią się między sobą. Czy dało się to we znaki?

Nie, dlatego że chłopaki podróżowali już po Polsce, mają kontakty w Polsce i mieszkają w Polsce niektórzy… Już. Jeżeli ktoś pozna Polkę, to mieszka w Polsce… Chłopy za babami [śmiech].

Generalnie bardzo dobrze się porozumiewaliśmy i różnice językowe nie stanowiły dużych problemów.

Czy gdyby była taka jeszcze jedna okazja, nagrać coś z Haydamakami lub innym ukraińskim zespołem, to zdecydowałby się Pan jeszcze raz podjąć tego?

Absolutnie tak. Absolutnie znowu bym się zdecydował i znowu bym to robił. Dlatego że to nie jest kwestia „ukraiński zespół”, ale kwestia osobowości. To nie jest ważne, kto z kim gra i czy to jest zespół ukraiński, tylko to jest zespół złożony z pewnych osób, które dają swoja energię i swoją motywację, inspirację, swoją świadomość… Wszystko, co niesie ze sobą osoba. Są w tym naleciałości kulturowe. Każdy niesie ze sobą kulturę tradycyjną. I ja myślę, że to jest tego rodzaju droga, że jestem na tak i uwielbiam ukraińską kulturą i tradycję, To są rzeczy, które mnie inspirują. Mało tego, Haydamaky nie są pierwszym spotkaniem z ukraińską kulturą, jakie miałem do tej pory.

Jakie były te inne spotkania z kulturą, muzyką  ukraińską?

Miałem takie spotkanie parę lat wcześniej i poznałem wtedy większość numerów ukraińskich. Bardzo byłem szczęśliwy, że otworzyła się dla mnie jakaś następna furtka i droga. Natomiast w tej chwili nie tylko my robimy takie doświadczenia jak Voo Voo i Haydamaky. Mamy przyjaciół i Voo Voo funkcjonuje też jako Voo Voo i UkraInni, z dziewczynami ukraińskimi, które śpiewają, i trębaczem Żenią Didikiem. Jest jeszcze coś takiego – pokoleniowo jest różnica duża – jak DagaDana. DagaDana to nasza wielka fanka i przyjaciółka Daga Dregorowicz, Dana z Ukrainy i Mikołaj, syn mojego brata. To jest niesamowite, że oni mają swój zespół, międzynarodowy, który funkcjonuje i daje sobie radę.

A jak scharakteryzowałby Pan muzykę ukraińską? Tę współczesną i tradycyjną?

Przede wszystkim muzyka ukraińska jest niebywale podobna do polskiej muzyki ludowej. Jak scharakteryzować? Radość. Ukraina jest bliżej Bałkanów, czyli takiej również cygańskiej muzyki. Posiadają wiele takich otwartych i spontanicznych rzeczy, takich energetycznych. Uważam, że ukraińska muzyka łączy te elementy, która polska muzyka łączy gdzieś indziej. Ale sądzę, że jest ich więcej.

Dziękuję bardzo.